S00E01 [Prywatność w sieci] — Manifest techniczny: jak działa ten blog
„Nie jest wolny żaden człowiek, który nie jest panem samego siebie.” — Epiktet

Jeleń Tech Nomad. Więcej autentyczności niż w połowie Internetu.
Kilka słów o moim podejściu do technologii
Długo chodziła za mną myśl, żeby napisać bloga.
Takiego zwyczajnego — bez marketingowych fajerwerków, bez śledzących skryptów i bez poczucia, że zaraz wyskoczy ankieta z pytaniami, jak mi się tu podoba.
Bez okienka, jak zaopatruję się na wykradanie mojej prywatności z pomocą cookies – czy bardzo tego pragnę – JC na 100, czy może bardziej na 50%.
Pomyślałem więc: a może da się stworzyć miejsce spokojne, przyjazne i nieco staroświeckie w najlepszym znaczeniu tego słowa?
Takie, aby po prostu usiąść, poczytać i mieć swoje własne przemyślenia, zamiast tych podsuwanych przez algorytmy.
Poniżej opowiem, jak to wszystko działa od środka.
Możesz tu spędzić trochę czasu bez oglądania reklam, bez śledzenia i — co najważniejsze — bez pośpiechu.
Statyczny generator
Ten blog nie ma backendu, baz danych ani serwerów aplikacyjnych.
Uznałem, że skoro w pracy mam ich pod dostatkiem, to w wolnym czasie mogę spróbować życia bez nich — jak człowiek, który po całym dniu jazdy autobusem idzie na spacer.
Strona składa się z prostych, statycznych HTML‑i.
Trochę jak kiedyś, gdy Internet przypominał bardziej bibliotekę niż centrum handlowe.
Są tu teksty i zdjęcia — głównie moje, czasem lekko przechylone, ale za to naturalne.
A jeśli pojawia się coś z zewnątrz, to tylko legalnie i z wdzięcznością dla autora.
Przez chwilę myślałem nawet o publikowaniu wpisów w formie ASCII‑artów, ale to byłby już poziom niszowości, przy którym nawet boty by uciekły.
Co to daje?
- mniejszą powierzchnię ataku,
- brak serwerowej logiki, która mogłaby coś zapamiętać,
- brak pokusy, żeby cokolwiek zbierać,
- szybkość, której nie osiąga wiele nowoczesnych CMSów — zwłaszcza tych, które po instalacji ważą więcej niż cały ten blog razem z moimi zdjęciami.
Statycznie znaczy spokojnie.
Zero śledzenia
Nie uważam, że każda strona powinna śledzić swoich użytkowników, ani że powinna ich blokować.
Przykład z życia: ze strony x‑kom nie da się korzystać przez VPN.
Mój prywatny VPS został zablokowany, a odpowiedź brzmiała:
„Prosimy łączyć się bezpośrednio, nie z prywatnych serwerów, czy proxy/VPN.”
Co ciekawe, przez Tor działa bez problemu. Z mostami i bez.
Nie wiem, dlaczego mój adres IP został zablokowany — być może oni też nie wiedzą.
Cóż, na kartach RTX i A100 zarobi ktoś inny.
Wracając do bloga — tutaj nie ma:
- Google Analytics,
- Facebook Pixel,
- Hotjar,
- Matomo,
- ciasteczek śledzących,
- fingerprintingu,
- ukrytych skryptów analitycznych.
Nie wiem, kim jesteś, skąd wchodzisz ani ile czasu tu spędzasz.
I nie jest mi to do niczego potrzebne.
Tak właśnie miało być.
Zero reklam
Nie ma tu:
- reklam,
- programów partnerskich,
- sponsorowanych treści.
Nie zarabiam na Twojej uwadze i nie sprzedaję jej nikomu innemu.
Co może się pojawić?
Jeśli trafię na produkt, który uważam za naprawdę dobry — i jeśli uda mi się wynegocjować zniżkę — to taka forma rekomendacji jest dla mnie akceptowalna.
Czasem będzie to kod rabatowy, a czasem link afiliacyjny jako forma wsparcia mojej pracy.
Zawsze jednak na jasnych zasadach:
- bez wpływu na treść,
- bez ukrytych intencji,
- tylko do rzeczy, które sam sprawdziłem.
Między sezonami — a czasem także w ich trakcie, jeśli trafię na coś naprawdę sensownego — mogą pojawiać się krótkie „odcinki specjalne”.
Nie reklamy, tylko rekomendacje: rzeczy, które sam sprawdziłem i które mają realną wartość.
Jeśli coś polecam, to dlatego, że sam tego używam i mogę to z czystym sumieniem rekomendować.
Gdybym chciał mieć billboard, to bym go po prostu kupił.
A nie pisał po nocach własny mini‑CMS tylko po to, żeby móc spokojnie opowiadać historie.
Minimalny CSS, prawie zero JS
Strona działa nawet:
- na starych telefonach,
- na tabletach,
- przy słabym zasięgu,
- a nawet w przeglądarkach tekstowych, które wyglądają jak wehikuły czasu.
Osobiście bardzo lubię tekstowe przeglądarki z wielu powodów, m.in. bezpieczeństwa (z tego samego powodu lubię Qubes OS).
Najpopularniejsze dinozaury to: lynx, a jego nowoczesny odpowiednik, to elinks.
Czytanie strony w przeglądarce tekstowej to jak czytanie książki zamiast przeglądania dużych, polskojęzycznych portali z informacjami z Polski i ze świata — takich, które istnieją głównie po to, żeby monetyzować nasze emocje, a najskuteczniej sprzedają się te najmniej przyjemne.
W tekstowej przeglądarce nic nie mruga, nic nie wyskakuje, nikt nie próbuje Cię przestraszyć, sprowokować ani zatrzymać na siłę.
Cisza. Spokój. Tekst.
Dlaczego w ten sposób?
Bo nie ma tu nic zbędnego:
- brak frameworków JS,
- brak animacji,
- brak ciężkich bibliotek,
- brak wodotrysków,
- brak… właściwie dobrze, że cokolwiek tu jeszcze zostało.
Został tylko tekst, zdjęcia i prosty layout.
Nie próbuję nikogo olśnić — to ma działać i być użyteczne.
Tryb offline
Ten blog jest projektowany tak, żeby:
- dało się go czytać na czytniku książek (szczególnie polecam czytniki z serii Onyx Boox — dają więcej swobody niż urządzenia od głównego potentata),
- dało się go czytać gdziekolwiek poza domem,
- a nawet dało się go czytać bez sieci. Można ściągnąć całość i zabrać ze sobą w niedostępny dla fal GSM teren.
Innymi słowy: ma działać także wtedy, gdy Internet postanowi zrobić sobie przerwę.
Choć przyznam, że gdy to piszę, przypomina mi się słynne zdanie:
„Nie będziesz mieć niczego i będziesz szczęśliwy.”
U mnie to raczej: „Nie będziesz mieć skryptów, a Twoje urządzenie odwdzięczy się dłuższą pracą na jednym ładowaniu.”
Brak komentarzy
Tutaj się na chwilę zatrzymam.
Mógłbym je oczywiście włączyć, ale wtedy pojawiłoby się kilka drobnych komplikacji:
- konieczność logowania,
- konieczność ciasteczek,
- konieczność śledzenia,
- konieczność moderacji,
- a na końcu — nieuchronna toksyczność, po nowoczesnemu (temu/jemu?) zwana „hejtem”.
Zamiast tego możesz wysłać do mnie wiadomość, korzystając z Menu -> Kontakt w prawym górnym rogu.
Najciekawsze trafią do sekcji „Listy od czytelników”, o ile ktoś faktycznie postanowi się wysilić i napisać.
Przyjąłem zasadę, że komunikuję się z Tobą jak człowiek piszący do człowieka – jak w czasach, gdy ludzie pisali do siebie listy.
Gdy prace domowe, wykłady, raporty, sprawozdania i e-maile nie były pisały przez matematyczne modele.
Brak newslettera
Jak to — blog bez newslettera?!!11one
Wiem, to brzmi jak herezja w czasach, gdy nawet lodówki chcą wysyłać powiadomienia, inteligentny czajnik potrafi zagotować wodę po SMS‑ie, a niektóre gadżety Bluetooth — także te bardzo osobiste — potrafią reagować na sygnały od kogoś zupełnie obcego.
Aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy ktoś wyśle takiemu czajnikowi wiadomość, kiedy w środku będzie sucho.
Hakowanie AGD może stać się nową dyscypliną naukową dla młodzieży po zdanych egzaminach — coś między sportem a sztuką użytkową.
Nie mam zamiaru zasypywać Cię powiadomieniami.
Wszyscy mamy ich wystarczająco dużo.
To jedna z plag współczesności — mózgi ludzi są już tak zalane dopaminą, że trudno odróżnić powiadomienie od potrzeby.
Ten blog ma działać odwrotnie: trochę uspokajać, a nie dokładać kolejnych bodźców.
W końcu czytanie to taki mały luksus: kilka minut ciszy w świecie, który nie potrafi być cicho.
Nie będę przypominał o nowych wpisach, choć planuję publikować je o stałej porze.
Najpewniej w środy około 9:00 — czyli pora, gdy kawa powinna już zacząć działać.
Nie zamierzam walczyć o Twoją uwagę ani czas.
Jeśli chcesz wracać — zapraszam.
To Ty decydujesz, nie ja.
Zero social mediów autora
Nie znajdziesz mojego nazwiska na:
- Facebooku,
- Instagramie,
- TikToku,
- Twitterze,
- LinkedInie (od dawna zahibernowane – ale jakbym szukał pracy, to pojawi się po wielu latach przerwy).
Nie dlatego, że „nie ogarniam”.
Dlatego, że nie chcę być częścią ekosystemu, który żyje z profilowania ludzi.
Nie wykluczam stworzenia profilu tej strony w mediach społecznościowych - ale na pewno nie pod swoim nazwiskiem.
Za bardzo szanuję swój wolny czas, a jeszcze bardziej — swoją prywatność.
Ten blog istnieje poza algorytmami.
I bardzo dobrze mu z tym.
Własne zdjęcia, bez stocków
Jak już wspomniałem, gdy pojawią się zdjęcia — będę (niestety) przeważnie ich autorem.
Zero AI‑slopów.
Zero generowanych obrazków.
Tego w sieci jest już aż nadto.
Autentyczność przede wszystkim.
10. Prywatność-by-design
Blog jest zbudowany tak, żeby:
- nie zbierać danych,
- nie analizować zachowań,
- nie profilować,
- nie śledzić,
- nie szantażować,
- nie kupczyć informacjami.
Takie było założenie — i tego się trzymam.
Nie da się też kupić mojej recenzji.
Jeśli napiszę o jakimś produkcie, to dlatego, że:
- przetestowałem go osobiście,
- uważam, że jest to dobry produkt – ale nie pominę wad, jeśli się ich dopatrzę,
- a moje testy nie polegają na unboxingu, nagraniu filmiku i odesłaniu sprzętu sponsorowi następnego dnia. Ukończyłem m.in. ekonometrię, więc tabelki są nie tyle dodatkiem, co instynktem.
Ciekawa sprawa: kilka osób prowadzących firmy spytało mnie, ile mam średnio odwiedzin w miesiącu.
Mógłbym to wyciągnąć z logów — ale nie mam takiej potrzeby, bo najpierw trzebaby je jakoś wyciągnąć z czarnej dziury.
Chętnym do współpracy mogę jedynie podpowiedzieć, że nie jest to mały ruch.
Podsumowanie
Ten blog jest prosty, szybki i prywatny, bo taki ma być.
Nie dlatego, że „tak wyszło”, tylko dlatego, że tak został zaprojektowany.
Ma być pomocny, gdy spędzasz czas w Internecie – ale też wtedy, gdy jesteś poza nim.
Nie musisz akceptować ciasteczek.
Nie musisz zamykać wyskakujących okienek.
Nie musisz walczyć z reklamami.
Nie musisz zastanawiać się, czy ktoś właśnie próbuje wpłynąć na Twoje decyzje.
Możesz po prostu czytać — bez śledzenia, bez reklam, bez przeszkadzaczy.
Tak powinien działać Internet.
I kiedyś naprawdę tak działał.